Kormákur umiejętnie przeplata szerokie plany ze zbliżeniami na twarze czy palce szukające pewnych chwytów, a wiarygodne oświetlenie skutecznie maskuje fakt, że film realizowano w bezpiecznych
Sasha (Charlize Theron) i Tommy (Eric Bana) poznali się prawdopodobnie w trakcie nurkowania jaskiniowego albo skoku spadochronowego. Może natknęli się na siebie przemierzając motocyklami jakąś afrykańską pustynię. Teraz jednak relaksują się w przymocowanym do stromej górskiej ściany namiocie, na wysokości kilkuset metrów. Dzień jak co dzień. Sasha potrzebuje dopływu adrenaliny jak powietrza, doskonale też wie, co jest stawką i co stawia na szali. Pożegnanie z własnym życiem – czy z Tommym – jest więc wliczone w cenę ryzyka. Bo po prostu musi. Może to ckliwie i romantyczne, ale dla Sashy śmierć podczas robienia tego, co kocha, jest najzdrowszym rozwiązaniem.
Ekstremum od zawsze interesowało islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura. W kinie głównego nurtu mierzył się już ze wspinaczką wysokogórską (w "Evereście") i testował Idrisa Elbę w wycieńczającej walce o przetrwanie z królem dżungli (w "Bestii"). Morski survival zgłębiał w bardziej niszowych, obdarzonych dekadenckimi tytułami "41 dni nadziei" czy "Na głębinie". Dla Kormákura ten rodzaj kina jest nieprzerwanie pociągającą inscenizacyjnie formułą. A może reżyser wierzy, że sztuka istnieje właśnie po to, by być dla odbiorców namiastką granicznych doświadczeń? Teraz wraca na znane terytorium i serwuje sprawdzone menu.
W "Alfie" islandzki twórca podtrzymuje techniczny poziom swoich poprzednich produkcji. Prolog na norweskiej, ośnieżonej Ścianie Trolli ilustruje ogromną trudność podejścia i niezaprzeczalny profesjonalizm dwójki śmiałków. Liczy się tu odpowiedzialność i brawura, utrzymywanie nerwów na wodzy oraz zdolność do podejmowania ryzyka. Kormákur umiejętnie przeplata szerokie plany ze zbliżeniami na twarze czy palce szukające pewnych chwytów, a wiarygodne oświetlenie skutecznie maskuje fakt, że film realizowano w bezpiecznych studyjnych warunkach. Wieńcząca film wspinaczkowa sekwencja jest jeszcze większym osiągnięciem. Filmowa robota na dobry z plusem.
Ale od natury groźniejszy jest zawsze człowiek – i o tym "Alfa" opowiada przede wszystkim. Dla Sashy jedynym remedium na dotkliwą stratę partnera jest dalsza eksploracja i ciągłe przekraczanie własnych możliwości. Tyle, że w pojedynkę. Na samotnie podróżującą kobietę zwraca uwagę Ben (Taron Egerton), troszkę nieokrzesany, ale sympatyczny i pomocny. Chętnie wskaże, którędy należy jechać i w którym punkcie wejść na szlak. Niestety: choć ma serce na dłoni, w drugiej ręce trzyma kuszę. Ben to bowiem kliniczny seryjny morderca, zapraszający nieświadomą zagrożenia turystkę do śmiertelnej gry. To dość interesujący duet, zestawiony na zasadzie kontrastów. Sasha uwielbia medytować nad dzikością, ale dla Bena zwierzęca brutalność jest czymś wrodzonym. Ona jest cicha i skryta, on bezczelnie bezpośredni.
W aktorskiej rywalizacji prowadzi jednak Egerton, obłąkany i nieprzewidywalny, ekspresyjny i groźny. "Alfa" to bowiem kino, w którym przesada wygrywa z umiarem. Sashy już teraz nie jest łatwo, ale najgęstsza kumulacja niebezpieczeństw dopiero przed nią. Z tyłu głowy wciąż ma traumatyczne wspomnienia, a do nich dojdzie jeszcze pośpieszna wspinaczka bez asekuracji, utrata prowiantu i pojedynek z prawdziwie szalonym Benem. Choć może to jedyna droga, by kobieta w końcu wyszła w swoim życiu na prostą? I tak od początku będziecie wiedzieć, kto tę potyczkę zakończy zwycięsko.
Niestety: chociaż ryzyko i sporty ekstremalne dostarczają niemałych atrakcji, w planie fabularnym "Alfa" jest filmem nieco nieuporządkowanym i niekonsekwentnym. Prolog ma oczywiście pogłębić portret Sashy, ale funkcjonuje on osobno wobec głównej części filmu. Również na płaszczyźnie gatunkowej dochodzi do zastanawiającego przełamania. Sugerowany na początku wątek depresji ginie w cieniu sensacyjnego dreszczowca oraz odkrywania tajemnicy lokalnego mordercy. Egzystencjalna kontemplacja ustępuje więc miejsca krwawej konfrontacji. Takie są jednak prawa natury.